prawne aspekty "społeczeństwa informacyjnego"

Obywatel ma prawo wiedzieć, kto redaguje teksty na urzędowych stronach i trochę o propagandzie

Sąd nie dał wiary włodarzom Nowego Wiśnicza, że nie wiedzieli, kto jest autorem tekstów publikowanych na stronach finansowanych przez urząd. Wielokrotnie w tym serwisie stawiałem problem odpowiedzialności za opublikowane na stronach urzędów treści. Wskazywałem m.in. na kłopot pojawiający się w sytuacji, w której do emanacji państwa będziemy chcieli zastosować przepisy prawa prasowego lub przepisy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. W jednym przypadku mamy solidarną odpowiedzialność autora materiału prasowego, redaktora naczelnego oraz wydawcy, w drugim zaś mamy warunkowe ograniczenie odpowiedzialności. Ale państwo działa na innych zasadach niż świadczący usługi drogą elektroniczną obywatele (w tym przedsiębiorcy), a aktywność państwa (i samorządu) nie sprowadza się do publicystyki. Państwo nie korzysta z wolności, w tym nie korzysta z "wolności prasy". Państwo to szczególny byt prawny. Może robić tylko to, co wynika z przepisów i ma się powstrzymać od tego, na co przepisy mu nie pozwalają. Stąd tak wiele energii poświęciłem na gardłowanie przeciwko "oficjalnym kontom" na twitterach i innych fejsbukach. W BIP, który jest regulowany ustawowo, trudniej siać propagandę polityczną. Tymczasem mamy wyrok w sprawie dostępu do informacji o autorach tekstów.

Zabieganie o "jednolity rynek cyfrowy" oznacza zgodę na komercjalizację praw człowieka

widok na salę plenarną Parlamentu EuropejskiegoMój komentarz do przyjętej dziś rezolucji Parlamentu Europejskiego w sprawie wspierania praw konsumentów na jednolitym rynku cyfrowym? Uważam, że to przejaw "rozdwojenia jaźni". Głównym problemem jest to, że gdy się mówi o "rynku" cyfrowym i o niego zabiega w sytuacji, w której wolność słowa i wolność pozyskiwania i rozpowszechniania informacji należą do wolności "politycznych" i realizowane są już masowo z wykorzystaniem technologii cyfrowych, to w istocie znaczy, że mówi się i zabiega o komercjalizację praw i wolności człowieka.

Starania genealogów jako praktyczny przykład ponownego wykorzystania informacji z sektora publicznego, w tym zasobów BAM

W mojej opinii Geneteka - serwis Polskiego Towarzystwa Genealogicznego - to jeden z ciekawszych przykładów "ponownego wykorzystania informacji z sektora publicznego" (czyli re-use) w tym obszarze, który - pod wpływem środowisk zabiegających o szerszy dostęp do danych gromadzonych przez państwa (członkowskie UE) i możliwość ich wykorzystania, doprowadził - szerząc swą myśl i argumentację - do rozszerzenia dyrektywy unijnej na dane zwane w skrócie BAM (biblioteki, archiwa, muzea). Jutro (w poniedziałek, 24 listopada) odbędzie się w Warszawie spotkanie Warszawskiego Towarzystwa Genealogicznego, które zatytułowane będzie "Geneteka - z perspektywy szukającego, indeksującego i administratora".

Dyskusja nad standaryzacją dokumentu elektronicznego wymiaru sprawiedliwości

Od jakiegoś czasu współpracuję z Interdyscyplinarnym Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego. Jestem tam odpowiedzialny za realizację projektu, który nazywa się System Analiz Orzeczeń Sądowych. Projektu polega na integracji danych na temat orzeczeń sądów powszechnych, sądów administracyjnych, orzeczeń Sądu Najwyższego oraz Trybunału Konstytucyjnego. Wszystko to w ramach ponownego wykorzystania informacji z sektora publicznego i w celu stworzenia narzędzi, dzięki którym dałoby się wygodnie analizować orzecznictwo w Polsce. Tworząc ten system zderzyłem się z problemem niejednolitości publikowania orzeczeń przez poszczególne ośrodki udostępniające takie dokumenty obywatelom. W związku z tym postanowiłem ów projekt przedstawić instytucjom publicznym i zaproponować im współpracę w sferze standaryzacji dokumentu elektronicznego dla wymiaru sprawiedliwości. Wcześniej tego typu działania podejmowałem w sferze konsultacji publicznych. Wówczas w Ministerstwie Gospodarki powstał schemat XML dla dokumentu elektronicznego w procesie legislacyjnym. To mało seksowna aktywność. Praca u podstaw. Tworzenie fundamentów sprawnie działającego państwa. Dzięki uprzejmości Rzecznika Praw Obywatelskich dziś odbyło się spotkanie, w czasie którego rozmawialiśmy o możliwościach współpracy różnych instytucji publicznych ze sobą nawzajem, a także z partnerami społecznymi. Jest nadzieja.

Ponowne konsultacje założeń re-use - coś tu jest nie tak

Widzę tu problem. Brałem udział w konsultacjach dotyczących założeń projektu ustawy o ponownym wykorzystywaniu informacji sektora publicznego. Odbywały się one za pomocą systemu Konsultacje Online. Brałem też udział w spotkaniach uzgodnieniowych, w czasie których zgłaszałem kolejne uwagi. Do tej pory nie otrzymałem żadnego odniesienia się gospodarza procesu legislacyjnego do zgłoszonych uwag, a to łamie zasadę responsywności, która m.in. wynika z przyjętego przez MAiC "Kodeksu Konsultacji i Siedmiu Zasad Konsultacji" oraz - by wskazać formalny akt - z Zarządzenia nr 5 Ministra Administracji i Cyfryzacji z dnia 12 lutego 2013r. w sprawie zasad prowadzenia konsultacji społecznych. No i teraz jestem zapraszany do konsultowania założeń ponownie.

Drugiego grudnia zaprezentujemy raport z badania rządowego procesu legislacyjnego (konsultacje publiczne i OSR)

Taka zajaweczka kartek raportu, na których nic nie widać...Zarezerwujcie sobie Państwo chwilę w dniu 2 grudnia. W sali konferencyjnej im. Jerzego Turowicza w Fundacji im. Stefana Batorego w Warszawie (ul. Sapieżyńska 10A) odbędzie się tego dnia konferencja pt. Jawność i otwartość procesu legislacyjnego. Konferencję rozpoczniemy od zaprezentowania wyników badania nad sposobem prowadzenia konsultacji publicznych i tworzenia dokumentów towarzyszących rządowym projektom ustaw w 2012 roku. To był "mega projekt". Stworzyliśmy metodologię, przeprowadziliśmy badania ilościowe i jakościowe (w tym przeprowadziliśmy szereg wywiadów z uczestnikami procesu legislacyjnego), przygotowaliśmy również analizę otoczenia prawnego prowadzenia konsultacji oraz przygotowywania Ocen Skutków Regulacji. Zrealizowanie tego projektu zajęło nam ostatni rok. Nie wiem, ile raport będzie zajmował po powrocie z korekty redakcyjnej i po uwzględnieniu zewnętrznych recenzji, ale jak sobie liczyłem komponenty, to wychodziło około 500 stron A4. Samo gęste. Przyznam, że czasami już nie dawałem rady. Przebadaliśmy 110 projektów ustaw, które rozpoczęły swój bieg w rządowym procesie legislacyjnym w 2012 roku (w tym niektóre bardzo obszerne, w tym projekt jednej ustawy budżetowej). Przebadaliśmy każdą z tych ustaw i wszystkie kwity, które z nimi były związane, a które opublikowane były na stronach RCL. W trakcie tego projektu żartowałem sobie, że prowadzenie takiego badania jest fajne i nawet można to robić z uśmiechem po zażyciu silnych antydepresantów. Drugiego grudnia kładziemy efekt naszej rocznej pracy na stole i liczymy na solidną, brutalną, pełną wykazywania naszych błędów krytykę. Ona jest potrzebna. Być może ktoś zechce przebadać kolejne lata w podobny sposób (tylko lepiej) i będzie można mierzyć postęp.

Ochłap informacji publicznej od afery do afery

Mamy klasyczną sytuację. Oto pod wpływem afery ktoś decyduje się udostępnić nieco danych, by jakoś poradzić sobie z sytuacją. Chodzi oczywiście o komunikat na stronach Sejmu RP, a raczej nie komunikat, tylko "Informacje dotyczące wyjazdów zagranicznych posłów". Tymczasem takie akcyjne działanie nie jest rozwiązaniem problemu braku przejrzystości działań władzy publicznej. Takie informacje powinny być stale dostępne w BIP (w przypadku Sejmu i Senatu to strony tych instytucji) i być stale aktualne. Dodatkowo powinny być udostępniane nie jedynie w plikach PDF, ale również w postaci nadającej się do automatycznego przetwarzania. Dla mnie byłoby super, gdyby to było udostępniane również poprzez API.

Na czym polegał spór

W demokracji wolność słowa oznacza odpowiedzialność za słowo - to dotyczy każdego członka społeczności. W demokracji sprawowanie władzy oznacza odpowiedzialność za swoje działania przy pełnieniu czasowego mandatu. Słowa "samuraj" i "minister", w sumie, mają ten sam "źródłosłów": służyć. I tego dotyczy "dyskurs" i "spór" w czasach napędzanej technologicznie globalizacji: służyć jak? Służyć komu? Cóż znaczy społeczeństwo? Cóż znaczy prawo? W jaki sposób podejmowane są globalne decyzje, które dotyczą jednostek zaszytych w lokalnej głuszy?

O prywatnej sprężynce w kształcie SS i patronacie Ministra Spraw Zagranicznych

Znowu to samo. Już to przerabialiśmy z akcją "Orzeł może". Tym razem też - jestem o tym przekonany - MSZ bardzo chętnie udostępni każdemu zainteresowanemu wszelkie pisma, które otrzymało w sprawie "patronatów honorowych" nad "sprężynką", jak również wszystkie odpowiedzi, jakich udzieliło w tej sprawie. MSZ chętnie to udostępni w ramach realizacji wniosku o dostęp do informacji publicznej. O ile tylko jakiś obywatel zechce o to zapytać. W samej akcji koleżanek i kolegów z biznesu nie widzę "niemal" nic złego. Niech sobie prywatnie organizują konkurs na sprężynkę. Robią to w ramach wolności gospodarczej. Mamy ponoć wolność wywalczoną i uzyskaną w 1989 roku. Już całe 25 lat wolności, które w tym roku tak hucznie obchodzimy. Natomiast zaangażowanie Ministra Spraw Zagranicznych w rozmywanie symboli państwowych... To już jest inna sprawa.

Uchwała SN w sprawie wyboru Prezydenta RP pokazuje, że państwo stoi na głowie

Odwrócony orzełek na uchwale SNMam kłopot. Zastanawiam się, co też chce mnie-obywatelowi powiedzieć Sąd Najwyższy prezentując uchwałę w sprawie ważności wyborów Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniach 20 czerwca 2010 r. oraz 4 lipca 2010 r. Czy chodzi o to, że Sąd Najwyższy usiłuje powiedzieć mi, żebym wyluzował, bo przecież to tylko uchwała jakiegoś tam Sądu Najwyższego w sprawie jakiegoś tam Prezydenta jakiejś tam Rzeczypospolitej? Właściwie - zdaje się mówić Sąd Najwyższy - taka uchwała to nic ważnego. Lepiej może VaGla idź pobiegaj i nie zawracaj ludziom głowy tym, że sobie - bo jesteśmy niezawiśli i mieliśmy taki nastrój - walnęliśmy odwróconego do góry nogami orzełka na uchwale.

Obywatel ma prawo wiedzieć, kto redaguje teksty na urzędowych stronach i trochę o propagandzie

Sąd nie dał wiary włodarzom Nowego Wiśnicza, że nie wiedzieli, kto jest autorem tekstów publikowanych na stronach finansowanych przez urząd. Wielokrotnie w tym serwisie stawiałem problem odpowiedzialności za opublikowane na stronach urzędów treści. Wskazywałem m.in. na kłopot pojawiający się w sytuacji, w której do emanacji państwa będziemy chcieli zastosować przepisy prawa prasowego lub przepisy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. W jednym przypadku mamy solidarną odpowiedzialność autora materiału prasowego, redaktora naczelnego oraz wydawcy, w drugim zaś mamy warunkowe ograniczenie odpowiedzialności. Ale państwo działa na innych zasadach niż świadczący usługi drogą elektroniczną obywatele (w tym przedsiębiorcy), a aktywność państwa (i samorządu) nie sprowadza się do publicystyki. Państwo nie korzysta z wolności, w tym nie korzysta z "wolności prasy". Państwo to szczególny byt prawny. Może robić tylko to, co wynika z przepisów i ma się powstrzymać od tego, na co przepisy mu nie pozwalają. Stąd tak wiele energii poświęciłem na gardłowanie przeciwko "oficjalnym kontom" na twitterach i innych fejsbukach. W BIP, który jest regulowany ustawowo, trudniej siać propagandę polityczną. Tymczasem mamy wyrok w sprawie dostępu do informacji o autorach tekstów.

przeglądaj archiwa: